Ludzie płacą, by „odurzyć” ChatGPT. Powstał sklep z „narkotykami” w kodzie
Moduły z instrukcjami i plikami mają sprawiać, że ChatGPT odpowiada jak „odurzony” marihuaną, ketaminą czy alkoholem. Jak podaje WIRED, stoi za tym Szwed Petter Rudwall, a eksperci podkreślają, że to raczej zmiana stylu niż „stan świadomości” AI.

W sieci pojawił się nowy, niszowy biznes: płatne „moduły”, które mają sprawić, że ChatGPT zacznie odpowiadać tak, jakby był pod wpływem różnych substancji. Jak podaje WIRED, chodzi o marketplace Pharmaicy uruchomiony w październiku przez szwedzkiego dyrektora kreatywnego Pettera Rudwalla, który reklamuje projekt jako prowokacyjny „Silk Road dla agentów AI”.
Mechanizm ma być prosty z perspektywy użytkownika: kupuje się paczkę z instrukcjami i plikami, a potem „karmi” nimi model w ChatGPT. WIRED zwraca uwagę, że „pełne doświadczenie” wymaga płatnej wersji ChatGPT, bo to ona pozwala na wgrywanie plików wpływających na działanie rozmowy. W praktyce nie chodzi o żadne „odurzenie” w sensie dosłownym, tylko o ustawienie odpowiedzi na bardziej swobodne, emocjonalne albo chaotyczne.
Na samej stronie Pharmaicy widać, że „substancje” są sprzedawane jak produkty cyfrowe. Ceny mają zaczynać się od kilkudziesięciu dolarów, a przykładowo moduł „Weed” widnieje za 30 dolarów, „Ketamine” za 45 dolarów, „Ayahuasca” za 50 dolarów, a „Cocaine” za 70 dolarów.
Cytowani przez WIRED badacze podkreślają, że to nadal zabawa wyjściem modelu, a nie żadna „zmiana świadomości”, bo system nie ma własnego pola doświadczenia. W artykule pojawia się też ostrzeżenie praktyczne: jeśli „rozluźnienie” logiki ma zwiększać losowość i kreatywność, może równocześnie pogłębiać problem halucynacji i przekłamań, z których chatboty już są znane.
Ciekawy jest też kontekst, który pokazuje, jak mocno temat AI i psychodelików przenika do dyskusji publicznej. WIRED opisuje m.in. narzędzie „Lucy” tworzone przez Fireside Project, które ma symulować rozmowę z osobą w kryzysie psychodelicznym i służyć szkoleniu specjalistów. W tym świetle Pharmaicy wygląda mniej jak żart, a bardziej jak kolejny punkt sporu o granice eksperymentów z modelami i o to, kiedy „kreatywność” zaczyna oznaczać spadek wiarygodności.





